Nawet dożywocie grozi mężczyźnie, któremu prokuratura
zarzuca usiłowanie zabójstwa trzech policjantów. Wczoraj rozpoczął się proces.
Ireneusz K. i Rafał Ż. zostali zatrzymani podczas policyjnej obławy 13 czerwca ubiegłego roku w Szczytnikach (powiat kaliski). Zanim do tego doszło, w niewielkiej miejscowości leżącej przy trasie Kalisz – Łódź rozegrały się sceny jak z sensacyjnego filmu.
Fiatem w policjanta
W pobliżu stacji benzynowej w Szczytnikach funkcjonariusze próbowali zatrzymać dwa samochody osobowe: fiata punto i skodę felicję. Według ustaleń policji były one kradzione. Trzech policjantów zagrodziło drogę kierowcy fiata, jednak ten z impetem ruszył w ich kierunku. Jeden z funkcjonariuszy został potrącony i trafił do szpitala. Pozostali w ostatniej chwili odskoczyli na bok, być może ratując w ten sposób swoje życie. Wówczas policjanci oddali strzały w kierunku uciekającego samochodu, który zatrzymał się kilkadziesiąt metrów dalej. Okazało się, że ranny został pasażer fiata, Rafał Ż. W bardzo ciężkim stanie trafił do szpitala. Przez kilkanaście dni był nieprzytomny.
Drugi z pojazdów, skoda felicja, ominął blokadę. Kierowca porzucił auto i zbiegł. Mimo natychmiastowego pościgu nie udało się go już złapać. Policjanci przetrząsnęli okoliczne lasy, ale akcja poszukiwawcza zakończyła się fiaskiem. Fiata punto zabezpieczyła policja. Okazało się, że 12 czerwca został on skradziony w Warszawie. Pojazd miał przebite numery silnika.
Zarzut usiłowania zabójstwa
Właśnie zarzut usiłowania zabójstwa policjantów prokuratura postawiła kierowcy fiata punto Ireneuszowi K., mieszkańcowi Wołomina. W trakcie śledztwa, ani podczas wczorajszej rozprawy przed Sądem Okręgowym nie przyznał się on do winy.
- Nie zrobiłem tego, co zarzuca mi prokuratur – mówił przed sądem Ireneusz K. – Zostaliśmy zaatakowani przez ludzi znajdujących się w zielonym polonezie. Nie wiedziałem, że są to policjanci. Myślałem, że to napad. Jak zobaczyłem broń zacząłem uciekać i wjechałem na chodnik. Policjanci nie mogli zostać potrąceni, bo tam nie stali.
Rafał Ż. próbował bronić kolegę.
- Ireneusz K. Jest niewinny – mówił. – To, że policjanci stali na chodniku lub podchodzili do auta jest kłamstwem. – Ja nie muszę się bronić, bo nic złego nie zrobiłem. Pięciokrotnie zostałem postrzelony i jeśli coś tam bym nawet przeskrobał, to karę już poniosłem. Z paserstwem nie mam nic wspólnego.
Sąd miał wątpliwości
Sąd miał jednak sporo wątpliwości, co do prawdziwości zeznań Rafała Ż.
- Podczas przesłuchania w szpitalu oskarżony twierdził, że nie wiedział w jakim celu jechał do Kalisza – mówi sędzia Andrzej Miller, przewodniczący składu sędziowskiego. – Mówił, że zabrał się z Ireneuszem K. tylko okazjonalnie. Później natomiast twierdził, że w Kaliszu zamierzali kupić po okazyjnej cenie telefony komórkowe, a ofertę znaleźli w jednej z gazet.
Również wczoraj sąd wysłuchał opinii biegłych, którzy stwierdzili, że Ireneusz K. w trakcie popełniania zarzucanego mu czynu miał w pełni zachowaną poczytalność.
Termin kolejnej rozprawy został wyznaczony na poniedziałek, 7 kwietnia. Wówczas sąd przesłucha między innymi poszkodowanych policjantów.
Autor artykułu: Andrzej Kurzyński